Po przespanym locie, szybko udaje mi się przejść emigracyjnych i ruszam po samochód. Wybór padł na Avis, dobra cena, plus sprawdzona firma. Dwa tygodnie wypożyczenia SUVa to około 560 euro, plus depozyt na karcie kredytowej, 100$. Jako że San Francisco pod względem hoteli tanie nie jest, decyduję się na motel w Oakland. Miejscowość dobrze skomunikowana z San Francisco, bezpłatny parking (w SF koszt dziennego parkowania to koszt około 30 euro). Witają nas wszechobecne korki, co i tak przy LA, o czym później przyjdzie mi się przekonać jest niczym.
Pierwszy dzień zaczynamy od mocnego uderzenia, bo od zwiedzania Alcatraz. Ruszamy z Oakland autobusem do centrum San Francisco gdzie znajduje się terminal autobusowy, Temporary Transbay Terminal. Stamtąd w stronę The Embarcadero and Ferry terminal, skąd łapiemy tramwaj F, w stronę miejsca skąd pływają Statki do Alcatraz. Na zwiedzanie więzienia bilety kupiłem przez oficjalną stronę internetową dużo wcześniej, co okazało się dobrym pomysłem, bo po przyjeździe na miejsce skąd odpływają stateczki na wyspę, pier 33 zastałem wywieszki, że następne bilety dostępne 7 września, czyli za pięć dni. Statek płynie około 30 minut i rozpoczynamy zwiedzanie. Alcatraz robi wrażenie, dosyć dokładnie obchodzimy blok z celami, pomieszczenia więzienne, stołówkę i pomieszczenia załogi.
Po zwiedzeniu Alcatraz, wracamy do miasta, i ruszamy od razu do dolnej stacji słynnych wagoników tramwajowych, Cable Car. Można to zrobić na dwa sposoby, albo z przysłowiowego buta, co przy temperaturze ponad 30 stopni jest średnim pomysłem, bądź tramwajem w stronę Fisherman's Wharf. Dolna stacja znajduje się na rogu Hyde St i Beach St. Możemy zobaczyć jak wygląda ręczne obracanie wagoników na specjalnej platformie.
Czas oczekiwania na wejście do tramwaju, to w naszym przypadku około 2 godzin, bilet jednorazowy kosztuje 7 dolarów, dwu- 14 dolarów i jest jeszcze opcja karty dziennej. Nie wiem jak to działa, ale już od pierwszego przystanku kilkadziesiąt metrów od dolnej stacji, zaczęli dosiadać się ludzie. Trasa wiedzie osławionymi uliczkami, których nachylenie dochodzi do 40 stopni, w stronę China Town. Po drodze widoki naprawdę imponujące, trzeba mieć aparat w pogotowiu, bo nigdy nie wiadomo z której strony ów widok się ukaże :)
Po dotarciu do China Gate, wchodzimy do osławionej chińskiej dzielnicy. Próbowałem znaleźć świątynie Ching Chung Temple i Tin How, nie znalazlem (dopiero po fakcie dowiedziałem się jak ich szukać), spróbowałem za to wyśmienitej chińskiej kuchni :) Przy okazji, niech nikt się nie zdziwi przy płaceniu rachunku, doliczany jest podatek i napiwek, razem około 25%. Dzień kończymy też z przygodami, okazuje się że w autobusach można płacić jedynie odliczoną kwotą, przez co odjeżdża nam autobus, a my na następny musimy czekać godzinę.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz